poniedziałek, 18 sierpnia 2008

łyk łyk łyk end...

niezwykle długi był to łyk end...nie pamiętam kiedy ostatnio spędziłam tyle czasu sam na sam ze sobą...no prawie sam na sam...Viagra towarzyszyła mi wiernie i wszędzie...dosłownie wszędzie:) wyciszyłam się cholernie, uspokoiłam...z jednej strony rozgoryczona do granic możliwości stratą czasu, który mogłam spożytkować o niebo bardziej konstruktywnie (albo i nie bo to kwestia mocno sporna...) z drugiej zaserwowałam sobie chillout błogi i przepyszny taki mój i tylko mój ubrany w kalosze i skaczący po kałużach z P. jako jedyną łączniczką ze światem zewnętrznym...porozrzucana jak zwykle zaczęłam układać pierwsze klocki, które jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem powoli zaczną tworzyć jedną nieco mniejszą logiczną całość...

Brak komentarzy: