zostałam sama w tym smutnym jak pizda mieście...tu dały o sobie znać nazbyt szeroko rozwinięte skłonności do przesady, ale nie zmienia to faktu, że pusto tak jakoś i smutnawo (chociaż z Michaelem u boku)... jakby nie patrzeć, powrót coraz bliżej...wogóle wszystko tak jakoś sprzyja...denerwująca atmosfera w firmie, która kompletnie nie rokokuje na przyszłość, serducho a nawet pogoda, która jakby piękniała na pożegnanie...wszystkie znaki na niebie można by rzec...te pieski co to za oknem biegają i ku przerażeniu właścicieli wskakują do rzeki pewnie też bo może w domu pozwolę sobie na goldenka wymarzonego i to się jakoś tam łączy czy uzupełnia czy coś... a jak nie to na 38 kotów które zjedzą moje rozkładające się zwłoki kiedy to zejdę z tego świata jako stara panna i nikt nawet nie zauważy (Panie Robak Pan nie krzyczy bo to tylko fikcja literacka...czy coś) generalnie wbrew temu co możnaby przypuszczać pozytywny klimat utrzymuje mi się w głowie jak i wszędzie dookoła...pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu morda mi się śmieje...
środa, 12 marca 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

1 komentarz:
:)
paproh
Prześlij komentarz