środa, 19 marca 2008

o ironio!

od dawien dawna sama sobie jestem najlepszym lekarzem...po rodzicielce mej najukochańszej odziedziczyłam delikatne sklonności do hipochondrii, dzięki której zdiagnozowałam u siebie zaburzenia kompulsywno-obsesyjne przejawiające się w dwojaki sposób...pierwsze zaburzenie to moja "ukochana czwóreczka", drugie natomiast ma związek z następującymi po sobie "pozytywami", których doświadczam...nazbyt dlugi ciąg dobrych dni czy informacji niesie ze sobą niepokój bo skoro jest tak dobrze, nauczona doświadczeniem wiem, że wreszcie coś musi sie spimpać...moje kochane życie ma do siebie to, że jak kopie po dupie to raz a porządnie, nie rozdrabnia się...zatem ostatnie dni niosą ze sobą niepokoj ogromy, któremu dopomaga głupota i potęguje go po stokroc...pełna piotrusiowej nadziei odpycham go od siebie rękami i nogami bo może wreszcie kiedyś wyczerpę limit tego co boli...każdy kolejny dzień niesie ze soba cos nowego i ku mojemu przerażeniu jest guda... przepyszny weekend z równie pysznym zakończeniem, zwariowany początek tygodnia a dziś niespodziewane odwiedziny...sklonności do urojeń daja znać o sobie, ale jest mi dobrze...nadniespodziewanie dobrze a ja nacieram się w tym jak słuchacz kwiatami na przystanku przy wiacie hehe wielki come back zwariowanej wariatki...może oczy znów zapłoną może wszystko wreszcie sie ułoży i wróci do normy...może, ale chyba nie chcę już myśleć i roztrząsać...niech zabłysną światła i znikną cienie...carpe diem moi drodzy:)

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

To cudownie, że jesteś cała i zdrowa i pozytywna;-)))... teraz może być tylko lepiej.. Let's Carpe Diem..