czwartek, 17 stycznia 2008

łot da fak???

jedną z cech charkterystycznych kachny jest ukochane umartwianie się jak to mawia Karmelowy Paproh...zatem z braku zajęcia kachna ostatnimi czasy umartwiając się przesłodko doszła do pewnych jakże fascynujących wniosków m.in. do wspomnianej wcześniej teorii o byciu mało interesującym człowiekiem... pomyslala także, że w jej cudowne życie, które ucieka między palcami wdarła się monotonia...ogarnął ją strach przed brakiem wspomnień a także przed tym, że pewnego pięknego dnia będąc babcią i siedząc na bujanym fotelu przed kominkiem będzie mogła wciskać swoim wnukom najwyżej werters oryginal bo przecież ze swoim popapraną prawdomównością kitu im nie wciśnie!?! no bo co, opowie jak dłubała w nosie siedząc w obesranym wrocławiu umartwiając się nad swoim marnym losem??? nie dość, że bez sensu to się jeszcze wnuki próchnicy nabawią i na cholerę jej ten kaktus??? wtedy w głowie kachny zapaliła się żaróweczka: pojedzie na wyprawę życia!!! było super aż przypomniała sobie, że nie ma pieniędzy i, że 200 zł to na obce landy raczej nie wystarczy...no cóż, kachna upartą kozą jest i po jakimś czasie pojawiła się nowa żaróweczka!!! jakoże kachna uzależniona jest od animal planet i wszystko co włochate (poza pająkami) mogłaby kochać i tulać i kochać i tulać zostanie wolontariuszem i pojedzie na drugi koniec świata opiekować się małymi tygryskami, szympansami tudzież innymi gadami a przy okazji zapisze na swoje konto dobry uczynek i pójdzie do nieba...ha!!! dwie pieczenie na jednym ogniu, się gra się ma pomyślała...nie tracąc czasu kachna zaczęła szukać swojego przeznaczenia aż tu nagle...ŁOT DA FAK??? okazało się bowiem, że bycie wolontariuszem kosztuje więcej niż smażenie tyłka na bali bali czy na jej wymarzonych malediwach??? wybrała opcję oszczędną, ratowanie dzikiej przyrody w tajlandii a to jedyne 2000 zielonych bez kosztów przelotu i wyżywienia!!! trzymadełka jej opadły do samej ziemi i weź tu bądź interesującym człowiekiem!!! a niech to dunder świśnie!!!

ps: poniosło mnie trochę:)

poniedziałek, 14 stycznia 2008

to cóż, że ze Szwecji...

...gdy dziewczęta pochłonięte były rozprawianiem na tematy przeróżne, sącząć schłodzone piwo w jednej z najprzyjemniejszych kuchni świata, w drzwiach stanął Linux... twarz miał koloru kości słoniowej a oczy mętne i zagubione gdzieś w oddali, usiadł i złapał nas za ręce... początkowo mogło się zdawać, że to żart, gdyby nie on... jego twarz po raz pierwszy pozbyła się charakterystycznych rumieńców, z oczu spłynęły łzy a cały trząsł się po stokroć bardziej niż zwykle..." ta kobieta, ona tu przyszła i wszystko wróciło... obiecałem sobie nigdy o tym nie mówić i nigdy do tego nie wracać, ale teraz musze to powiedzieć... ona sprawiła, że poczułem się tak jak kiedyś i teraz tak bardzo się boję..."(...)
"obawiam się, że powinnaś wezwać pogotowie" powiedział...

czwartek, 10 stycznia 2008

everything do kupy...

"...mogłam...nigdy nie zdołamy zrozumieć sensu tego słowa, gdyż w każdej chwili naszego zycia istnieją sytuacje, które mogły sie wydarzyć, ale z jakiś powodów się nie wydarzyły. Istnieją magiczne chwile, które choć mijają niezauważone, to jednak niewidzialna Ręka Opatrzności zmienia bezpowrotnie nasz los..."mogłam...

...nie pale od tygodnia i ku mojemu zdziwieniu idzie gładko, najprawdopodobniej za sprawą plastrów, ale nie o tym...owe plastry mają jeden niezwykle szczególny skutek uboczny - sny...sny, które śnię najpiękniej...nigdy jeszcze snów nie śniłam tak wyraźnie a i niezwykle rzadko zdarza mi się je pamiętać, zatem napawam się tym i rozkoszuję przecudnie, przeklinając buzik...

...jutro czeka mnie warszafka...miało być sympatycznie a po kilku godzinach prania mózgu zaczyna być strasznie i nie mam na myśli faktu, że musze wstać o 3:00...znów trzeba będzie udawać, uważać na każde słowo, ale zawsze to jakaś adrenalinka z karmelem i pierwszym aj law ju w tle...

...porozrzucana jestem w kibieni...niby wszystko, ale jednak wielkie nic...niby wiem, ale tak naprawdę nie mam fiołkowego pojęcia...niby chcę, ale nie do końca świadoma jestem czego...taki wyreżyserowany, zbudowany z cierpkiej niepewności obrzydliwy znak zapytania...

...po kolejnym karmelowym wieczorze przemyśleń znamiennym bo naznaczonym sporą ilością krwi pojawia się kolejny boleśnie zaskakujący w swojej oczywistości wniosek... jestem mało interesującym człowiekiem... ha! mam 23 lata (a propos dziś moja 24 zrobiotnica) i pewnego styczniowego wieczoru udało mi się odkryć Amerykę, zawsze wiedziałam, że jestem bystra, ale żeby aż tak to lekka przesada...może inaczej, mówiąc mało interesująca pozostaje cień nadziei, że chociaż mało to zawsze trochę, ja natomiast jestem człowiekiem (abstrahując od podziału na kobiety i ludzi) nieinteresującym kompletnie...brak mi pasji, pomysłów i odpowiedzi...żyję powielającym się scenariuszem pisanym jakby z przymusu...oszukując się każdego dnia głoszę utopijne hasła, których mało kto chce słuchać i glęboko wierzę w przeznaczenie, prawdę i jej sens...w to, że watro być dobrym czlowiekiem niezależnie od wszystkiego, bo wszystko wraca do ludzi...w to, że cierpienie ma sens...w swojej domniemanej dorosłości z doświadczeniami, których nie życzę najgorszemu wrogowi (nawiasem mówiąc tak jakbym jakiegoś miala) jest nadal we mnie mała dziewczynka naiwnie wierząca w ludzkie dobro i pomimo rzekomego i manifestowanego braku zaufania tak naprawdę ufająca komu i w co popadnie...wiecznie marzący piotruś pan...nudna jestem przeobrzydliwie i brak mi pomysłów na zmianę...

...

niedziela, 6 stycznia 2008

niemoc...

wszystko i nic ulegnie zmianie, zmieni się wszystko i nic...